2016/12/27

Świnki morskie: Świńskie sprawy i początek historii z gryzoniami.

swinki morskie
 https://www.facebook.com/nagrodzkaart/ https://www.instagram.com/nagrodzkaart/                                  


Uwaga: W poście opisuję okresy wcześniejsze, kiedy to i moja wiedza na temat świnki morskiej była skromniejsza. Także proszę nie popełniać moich błędów. :) W skrócie: NIE kupujemy świnek w sklepach, NIE trzymamy świnek z królikami, NIE dopuszczamy samiczek i samców do siebie, jeżeli nie jesteśmy zarejestrowanym hodowcą i NIE karmimy świnek karmą na wagę z ziarnami zbóż.


   Piąty marca 2016 roku jawi się w mojej głowie jako emocjonalna diametralna zmiana planów i decyzja spontaniczna będąca efektem nieprzespanej nerwowej nocy i dowodem małej uległości towarzyszącego mi mężczyzny. Decyzja o realizacji marzeń. Decyzja, której jedna część skutków popcorninguje radośnie po uroczym kocyku w króliczki - cudownym prezencie od cudownej Moniki - a druga wciąga siano jak spaghetti oczyszczając owy kocyk z wszelkiej suszonej nieczystości.
   Dziewczyny zostały ochrzczone siostrami w ustach pani z zoologa, chociaż mamy poważne podstawy, by wątpić w to oświadczenie. Mimo iż sama staram się uświadamiać innych, czym są pseudohodowle i zaznaczam związek między zakupem maleństw w sklepie a częstym cierpieniem ich rodziców, okazałam się pełna hipokryzji i totalnej słabości. Po chyba trzecim już wejściu i wyjściu z pomieszczenia pełnego karm, akcesoriów i ściółek, mając za sobą doświadczenie trzymania praktycznie nic nie ważącego sierściuszka na dłoni, telefoniczną siostrzaną pogadankę, która lekko oswoiła z myślą posiadania brzdąców, minimalnie wyparła wyrzuty sumienia i wsparła w już mniej hipotetycznej przyszłości, razem z mężem zaczęliśmy oglądać klatki. Tak, w moim życiu miały już zaraz na stałe pojawić się kolejne prośki.

swinki morskie

   By nie zabrakło retrospekcji zaznaczę, iż w latach poprzednich wraz z siostrą i mamą miałyśmy pod opieką nawet i w jednym czasie szóstkę małych futerkowców. Pierwszą wyproszoną żywą istotką  (dla której inspiracją był uroczy króliczek kuzynki, Jaś) w naszym domu była Śnieżka, jaka to pojawiła się w pokoju siostrzanym jako niesamowita i zapierająca dech w piersiach niespodzianka w postaci adoptowanej prawdopodobnie dwuletniej białej rozetki o ciemnych uszkach i stópkach oraz czerwonych oczkach. Oczywiście jej oficjalne imię wyparły dwie urocze i klasyczne sylaby - Misia. Misia długo nie cierpiała na samotność. Były to czasy jeszcze podstawówki naszej, więc sprecyzować daty konkretne byłoby niemiłosiernie ciężko, w każdym razie po którymś z kolei wypadzie po świnkową karmę, Śnieżka dostała prócz jedzenia towarzysza w gratisie. Czuczu (taką miałam fantazję do zwierzęcych imion) był pięknym okazem rudo-biało-czarnego samczyka rozetki i od razu będąc trzy razy mniejszy od swojej białej wybranki serca rozpoczął zaloty oraz... swoje rządy. Prosiaczek przybył do domu w małym przytulnym kartoniku, z którego postanowiłam zrobić dla dzieciaczka domek - Misia miała wtedy swój duży karton mieszkalny, niestety moje zamiary od prośkowych nieco się różniły. Zaglądając wieczorem do świnek okazało się, że Czuczek przejął wielką norę i siedzi w kącie zadowolony a Misia wciśnięta do połowy (z tylną częścią świnkowego ciałka po zewnętrznej stronie kartonu) w norkę małą przeznaczoną dla kolorowego jegomościa, chyba już spała. Tak, prosiek rozkręcił życie naszej białej samiczki nie do końca w stylu o jaki nam chodziło...

swinki morskie

   Świnki dość szybko zaczęły ze sobą sprawnie funkcjonować, a że miały do dyspozycji cały pokój, małe między nimi (wywołane kolejnymi nieudolnymi zalotami Czucza) kłótnie nie były problematyczne. Do dzisiaj pamiętam wiele uroczych perypetii tych dwojga. Pamiętam Misię siedząca na dywanie w odległości od głośnika radia minimalnej i kiwającą główką - wyobrażałyśmy sobie iż w rytm muzyki pulsuje - machając przy tym grzywką czy jedzącą z apetytem buraka, który na jej jaśniutkiej sierści zostawiał iście makabryczne wzory. Czucz zaś jako prawdziwy mężczyzna, odpędził raz od swojej samiczki, która miała zupełnie inne przekonanie o ich statusie związku, prosiaczka koleżanki gryząc go i ganiając, tuż przed naszą szybką i pełną rozczarowania reakcją - niestety świńskie przyjęcie z trawką i innymi smakołykami musiało się przez ten fakt zakończyć zanim się zaczęło. Za to inne futerkowe imprezy, na które zapraszane były ruda piękność Oliwii i rozetkowa Gryzelda Mai, kończyły się sukcesem i zapełnieniem prośkowych brzuchów. Czuczek musiał się czuć niezwykle męsko w towarzystwie trzech pań na raz.

swinki morskie

   Kolejne przygody Czucza dotyczyły nowych lokatorów w tym gryzoniowym pokoju. Pierwszym adoptowanym przez nas myszoskoczkiem była czarna Mila - być może miała za sobą już rok życia w innym mieszkaniu, a drugim i trzecim niedługi czas po przygarnięciu samiczki były rude bliźniaki, które wcześniej prawdopodobnie grały rolę nieudanego prezentu. Zabawne jest to, że relacje między przedstawicielami obu płci u myszoskoczków były identyczne jak u świnek - Mila jak Śnieżka była totalnie obojętna na podryw, za to rudzielce zawsze w jej obecności rywalizowały o miano samca alfa. Siłą rzeczy, nigdy nie doczekałyśmy się kolejnego pokolenia u żadnego z naszych zwierzaków. Czucz uwielbiał wyjadać mniejszym sąsiadom sianko z pomiędzy prętów ich klatek, które również stały na dywanie nieopodal mieszkania świnek. Myszoskoczki szalały wtedy próbując złodzieja zranić zębami lub pazurkami. Mojego prośka zdawała się ta sytuacja bawić i satysfakcjonować, także rytuał ten Czucz uznał za jeden z elementów dnia. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie epizodów z zamianą i chronologią pomieszkiwań w konkretnych klatkach poszczególnych zwierzaków, w każdym razie kiedy jeszcze myszoskoczki były w mniejszej otwieranej od góry i z drucianym pięterkiem, - do dziś nie potrafię sobie wyobrazić w jaki sposób - prosiek dostał się na to pięterko, gdzie zastałam go poskręcanego i ze skarżącym się na niewygodę wyrazem pyszczka, a zaraz pod nim spanikowane skulone w sianku rudzielce. Wypadków było jednak więcej, to Czucz zawiesił się na prętach tylną łapką próbując wyskoczyć górą z klatki niestety niezamkniętej - trwały gody, więc biedak był bardzo zmotywowany, by dostać się do Misi oddzielonej na ten czas od prośka (swoją drogą, gdy weterynarz stwierdził, że łapka nadwyrężona i prosiek ma szlaban na bieganie, nie byłam w stanie prośkowi tego zalecenia wytłumaczyć a zamknięcie w klatce skutkowało szaleńczym podskakiwaniem w kółko), to rudzielec jeden biegając po dywanie utknął między drutami od górnej części mieszkania rozetek, w skutek czego wraz z babcią wyposażone w ochraniające przed zębami rękawiczki oswobadzałyśmy myszoskoczka.

swinki morskie

   Po tych uroczych ekscesach przyszedł czas na zbiorowe sypanie proszkiem przeciwpchelnym po kolei po każdym z sześciu karczków, męskie wypady i kradzieże czekolady - w domu pojawił Gucio. Ten biały królik mieszkał ponoć wcześniej w piwnicy, miał połamane dwa zęby - lewy góry i prawy dolny, które nigdy o dziwno nie odrosły, towarzyszące tej wadzie uzębienia dready przy pyszczku i jeśli dobrze pamiętam zaropiałe łyse placki przy wardze oraz nieziemską ilość pchlich jaj na futerku, które wyskubywałam chyba przez dwa tygodnie. Gucio - nie chwaląc się zdolnościami mojej mamy - całkiem u nas wydobrzał - podcinanie dredków i codzienne przemywanie ciągle śliniącego się pyszczka zdało egzamin. Siłą rzeczy gardził Gucio zbyt twardym pokarmem i trzymał się z dala od marchewki, za to potrafił mnie obudzić (swoją drogę mamę z rana budził brutalniej, kicając i kopiąc jak szajbus po jej poduszce) stąpając po mojej twarzy pluszowymi stopami w celu dostania się na parapet tuż nad moją głową, gdzie leżało jeszcze pół tabliczki czekolady. Długouchy czekał tylko na okazję by podwędzić coś o słodko-kakaowym smaku, najlepiej herbatnika oblanego czekoladą, którą to perfekcyjnie zeskubywał nie dotykając nawet drugiej części ciastka. W sumie nie powinnam się dziwić kulinarnym upodobaniom naszych zwierząt po tym jak wcześniej widziałam Czucza uciekającego w kierunku kryjówki pod grzejnikiem trzymającego w ząbkach skórkę od chleba, za którą ciągnął po podłodze resztę skradzionej kanapki z serkiem topionym...
   Okazało się, że Czuczek i Gucio (dopiero wiele lat później doszła do mnie informacja, że świnek z królikami razem trzymać się nie powinno) bardzo się polubili - Gucio w swoim dorosłym życiu królika innego spotkał raz, była to śliczna samiczka, którą Gosia przyniosła w odwiedziny - i z chęcią urządzali sobie wspólne eskapady po reszcie mieszkania. Misia wychodziła z bezpiecznego pokoju z zielonym dywanem tylko przekupiona położonym w przedpokoju lub salonie smakołykiem. Wracając ze szkoły często znajdywałam chłopaków między fotelami, które to miejsce przypominało im pewnie fenomenalną jaskinię, do czasu aż w rodzinie przyszedł czas na pozytywną decyzję na temat posiadania psa (o którym to stworzeniu trylogię mogłabym teraz już napisać) - od jesieni 2007 roku gryzonie i królik zostały ograniczone do przebywania w jednym pomieszczeniu. Etapy żegnania się z poszczególnymi futerkowymi wolę zostawić bez precyzowania tych chwil. Były trudne. Zwierzyniec chorował na starość, były śmierdzące odleżyny i chudnące ciałka. Dużo płaczu było w sercu wtedy i dużo tęsknoty jest dzisiaj.

swinki morskie

   Kierowana tymi właśnie wspomnieniami i ogromną potrzebą opieki nad czymś bardziej wymagającym niż pluszowy Łosioł, Sid, Fafik i Ćwinka (pluszowa imitacja kawi domowej sprezentowana mi kiedyś przez męża na trasie, po znalezieniu jej na sklepowych pułkach niemieckiej stacji benzynowej) oraz chęcią nadania sensu naszej bezzwierzęcej egzystencji (siostrzany pso wciąż znajduje się w domu rodzinnym) pięć miesięcy temu sprowadziłam wraz z moim partnerem Dawidowym dwie mięciutkie drżące ze strachu jeszcze bezimienne kuleczki do naszego mieszkania.

swinki morskie

   Dziewczyny oczywiście na samym początku każdy najmniejszy ruch traktowały jak zapowiedź dramatycznej śmierci w szponach ogromnego krwiożerczego ptaka, ale dość szybko zaświnkowały w tych swoich móżdżkach, że ruch owy (zwłaszcza w stronę kuchni, ale może być również każdy inny) jest raczej obietnicą żarcia lub sposobnością do tego żarcia wymuszenia. Jako pierwsza ćwierkać za jedzonkiem zaczęła Kolorowa (szukając całymi dniami w głowie ambitnego i godnego imienia dla tej małej gładkowłosej trójkolorowej świnki przyzwyczailiśmy się stanowczo za bardzo do tej niskobudżetowej ksywki), która to wydawała się być zdominowana przez swoją stale podgryzającą kolorową dupkę większą towarzyszkę - Wombata. Jak urodą Kolorowej są jej drobne oczka i dość szpiczasty mały pyszczek, co owocuje bandyckim spojrzeniem z pod byka tej czarnej główki, tak Wombacik skojarzył się przez swoje klasyczne barwy aguti mojej siostrze z miniaturką wombata i Wombatem został. Kolejną różnicą poza za chwilę omówionym charakterem między prośkami są wymagania odnośnie podawania napojów. Dopiero po dłuższym czasie zerkania w stronę klatki za każdym razem, gdy słyszałam ruszaną języczkiem kuleczkę w rurce poidła, zauważyłam, że tylko Womabcik wie, do czego służy to sprzęcicho. Przez kolejne miesiące Wombat patrzył ze zdziwieniem na Kolorową pochylająca się nad pełną wody miseczką a Kolorowa wciąż pozostawała obojętna na uroki poidła.

swinki morskie

   Osobowości dziewczyn po ustaleniu hierarchii w tym futrzanym duecie dały się już w pełni scharakteryzować. Czarna zadziorna buzia okazała się być tylko prologiem dla ujawnienia się rudych genów (podobnie było z Czuczem) kulminujących się na środkowej - brzuszkowej części świnki, po którym to Kolorowa z chęcią zaczęła zajmować najwygodniejsze części legowiska, zwiedzała ciekawsko każdy możliwy do zwiedzenia kąt i zabierała władczo co większe kawałki ogórka Wombacikowi, który w tej odwadze i zadziorności Kolorowej znalazł wartość i dla siebie - zanim zjadł swój kawałek nowego pożywienia podejrzliwy Wombacik obserwował Kolorową wcinającą w najlepsze nowe coś czy czasem nie jest groźne dla wombaciego życia. Wombacik różni się od siostry również tonacją, która przypomina prośkowy sopranik - natomiast chrumkanie i popiskiwanie Kolorowej zalatuje świńskim basem. Dziewczyny do tej pory zdążyły wziąć już w swoje posiadanie łącznie sześć kocyków, drewniany mostek, tunel, domek i podusię - posłanko prawdopodobnie z przeznaczeniem jorkowym.
   Tak w olbrzymim skrócie określiłam początek naszego wspólnego uroczego i pełnego bobków życia z Wombatami, którego szczegóły opiszę dnia innego. :)

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

swinki morskie

 https://www.facebook.com/nagrodzkaart/    http://www.maxmodels.pl/fotograf-dzikikrolik.html    http://www.photoblog.pl/zimnaherbatkazmelisy    http://zimnaherbatkazmelisy.deviantart.com/    https://www.instagram.com/nagrodzkaart/    http://melisowa.tumblr.com/

nagrodzkaalicja@gmail.com

29 komentarzy:

  1. Jakie śliczne! :* kocham takie zwierzaki, sama miałam tylko chomika :)
    Zapraszam: http://allixaa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Pasja do opieki nad małymi stworzonkami widzę, że trzyma się Ciebie od dzieciństwa. Ja nigdy nie miałam świnki morskiej, ani chomika. Mieszkam na wsi więc mogłam mieć w dzieciństwie większe zwierzątka. Zawsze mam wrażenie, że w miastach rodzice kupują dzieciom takie małe zwierzątka. One nie wymagają dużo miejsca i nie trzeba ich wyprowadzać :)
    Zdjęcia wszystkie urocze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I bardzo dobrze, że rodzice tak postępują. :) Czasem jak patrzę na te psiaki wyprowadzane 'na kupkę' na dwa metry kwadratowe trawy w centrum betonowej dżungli, to mi się smutno robi. ; /

      Usuń
  3. Jakie kochane! Każdego bym przytuliła! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. cudowne zdjęcia! ja zdecydowanie jestem fanką kotowatych, nigdy w planach świnki czy chomika nie miałam, jednak muszę przyznać, że są przesłodkie! : D

    ciemoszewska.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałam i czułam się jak ja opowiadająca o całym swoim zwierzyńcu. Przynosiłam co rusz do domu małe koty, fretki, króliki, psy a nawet ptaszniki i ptaki... widać, że pasja się Ciebie trzyma :) bo mi po wielkich stratach została lekka niechęć do przygarniania do siebie, za to z radością szukam nowych właścicieli potrzebującym maleństwom. Samej pozostała mi ogromna do psów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To świetnie, że pomagasz znaleźć maluchom nowe domy! :) Ogromny plus.
      Ja akurat jak na fretkę miałam wielką ochotę, tak na ptasznika bym się nie odważyła. : D

      Usuń
  6. Jakie słodkie zwierzaczki :) Nigdy nie miałam świnki morskiej ani żadnego innego zwierzątka, które trzyma się w klatce. Nawet moja papuga latała samopas po pokoju ;) Zawsze towarzyszyły mi koty i od 12 lat mój ukochany pies.
    Nie mogłam się nie uśmiechnąć gdy pisałaś tutaj o godach i próbie dostania się do klatki, w której jest samiczka. A znowu przy fragmencie o chorobie zwierzaka zrobiło mi się smutno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja siostra zawsze pragnęła papugi, ale jakoś nigdy nie doszło do zamieszkania u nas ptaka (z wyjątkiem kilku dni z gołębiem i dnia z małą sówką ; D ). Świnki cenię sobie o tyle, że bardzo łatwo zauważyć u każdego osobnika inny charakter, upodobania smakowe, potrafią się dopraszać (to darcie mordki...) o jedzenie oraz pieszczoty. Jak wracam do domu i te moje dwie podbiegają do końca wybiegu najbliższego drzwiom wejściowym, czuję się jakbym miała dwa mini psy heh. Czuć tą interakcję. :)
      Co do psów, to uwielbiam. :) Nasz ma aktualnie 9 lat prawie i niestety trochę zdrowie mu szwankuje już. :(
      A kotów zazdroszczę. <3
      I dziękuję za przeczytanie tego świńskiego monologu. :)

      Usuń
  7. Ale słodziaczki :D
    mozesz poklikac u mnie ? marrstyle.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Są urocze. Uwielbiam zwierzaki, sama ma dwa koty i psa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze się uśmiecham, gdy ktoś mówi, że ma i kota/y i psa/y w domu. Mój psiak niestety widzi w kocie tylko ofiarę. :(

      Usuń
  9. Świnki morskie są czadowe! Marzy mi się, aby taki stworek zamieszkał ze mną, ale najpierw muszę poszukać domu dla siebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fotografie rewelacyjne! Ja swojej zeberce nie mogę zrobić porządnych zdjęć bo mi się ciągle rusza.

      Usuń
  10. O mój Boż, jakie słodziutkie ♥ zawsze chciałam miec takiego małego słodziaka, ale no cóż.. mam kota. Zdjęcia pełna klasa, profesjonalizm ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Uwielbiam świnki morskie, są bardzo urocze i grzeczne. Sama miałam jedną w dzieciństwie. Było to moje pierwsze poważne zwierzątko. Pamiętam jak płakałam, gdy odeszła. Zrobiłam sobie nawet tymczasowy tatuaż z jej imieniem. Bardzo dobrze wspominam lata, które z nią spędziłam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Rany Julek jakie wspomnienia mi wróciły! Najpiękniejsze momenty z dzieciństwa spędzone z ukochaną świnką morską z lekką tendencją do sikania tu i tam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Piękne świnki. Ja miałam dwie, a jedna została na wsi zjedzona przez psy. :( Teraz zaś mam kotkę i niedawno miałam kilka króli. Przepadam za zwierzętami. Piękne kadry świnek. :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Przecudowne pyszczki ^^
    Bardzo, bardzo, bardzo się cieszę, że nas, świadomych, odpowiedzialnych świnkowych właścicieli jest więcej i mam nadzieję, że z czasem wiedza o pseudo oraz o potrzebach gatunku się rozprzestrzeni.

    OdpowiedzUsuń